Domowy serwer na Proxmoksie: czego nauczyło mnie stawianie go od zera
Zaczęło się od prostego pomysłu: chciałem mieć własne miejsce, w którym mogę coś postawić, zepsuć i naprawić bez konsekwencji. Padło na Proxmoxa, bo daje maszyny wirtualne i kontenery w jednym panelu, a przy okazji uczy myślenia o zasobach: ile pamięci, ile rdzeni, gdzie leżą dyski.
Co na nim stoi
Kilka maszyn wirtualnych do eksperymentów i osobny kontener na usługi, które mają po prostu działać. Do tego Docker, bo większość rzeczy szybciej podnieść jako obraz niż konfigurować ręcznie. Kopie zapasowe robią się same, harmonogramem, bo raz straciłem konfigurację i drugi raz nie chciałem.
Trzy rzeczy, które zapamiętałem
Po pierwsze: sieć jest zawsze pierwszym podejrzanym. Zanim zacząłem grzebać w usłudze, zwykle okazywało się, że problem był w mostku albo w adresacji.
Po drugie: jak coś nie wstaje, logi wiedzą więcej niż intuicja. Nauczyłem się czytać je od końca i szukać pierwszego błędu, nie ostatniego.
Po trzecie: warto zapisywać, co się zmieniło. Prosty plik z notatkami oszczędził mi więcej czasu niż niejeden poradnik.
To nie jest infrastruktura firmowa i nie udaję, że jest. Ale kiedy w pracy zobaczę hypervisor, wirtualkę albo kontener, będę wiedział, na co patrzę.